Rozpoczynamy dziś nowy cykl tekstów pod wspólnym tytułem “Film w służbie PRL-owskiej propagandy. Jak opluwano bohaterów”. Wiele z obrazów, które zamierzamy opisać, do dziś wyświetlanych jest w telewizji bez podania kontekstu historycznego i sprostowania zawartych w nich kłamstw. Pomysłodawcą i twórcą cyklu jest Paweł Przychodzeń. Oto pierwszy z jego esejów.

Ogniomistrz Kaleń

W 1961 r. Ewa i Czesław Petelscy nakręcili film „Ogniomistrz Kaleń”. Obraz oparty na motywach powieści Jana Gerharda „Łuny w Bieszczadach” miał pokazywać trudną i okupioną tak dużą ofiarą polskich żołnierzy walkę o zaprowadzenie pokoju w Bieszczadach, a stał się jaskrawym przykładem fałszowania historii w PRL. Wśród propagandowych obrazów miał miejsce szczególne, bo jak rzadko, który pokazywał autentyczne postaci historyczne, w tym legendarnego mjr. NSZ Antoniego Żubryda.

Akcja

Film jest opowieścią o losach sierżanta Ludowego Wojska Polskiego, Hipolita Kalenia, granego przez Wiesława Gołasa. Mimo, że wojna dawno się skończyła, mamy rok 1946, to nasz bohater może tylko pomarzyć o spokojnej służbie. Wraz ze swoją jednostką stacjonuje w Baligrodzie w Bieszczadach bodaj najniebezpieczniejszym ówcześnie obszarze Polski.

Główny bohater to trochę spryciarz, na bakier z dyscypliną, ale w tamtych czasach? Na tamtym gorącym terenie? To może była najlepsza metoda na przetrwanie. Dlatego też Kaleń szybko zyskuje sympatię widzów, tym większą, gdy nasz bohater ujawni absolutnie najoczywistsze marzenie: przejść do „cywila” znaleźć kogoś, z kim mógłby osiedlić się gdzieś na ziemiach odzyskanych i żyć. Po prostu. Czyż trudno to było zrozumieć? Przecież to była kopia marzeń uwielbianego ówcześnie przez publiczność (przełom lat 50 i 60) Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu”. Ta postawa bohatera znajduje zrozumienie u widza tym bardziej, gdy zostaje skontrastowana z bezpośrednim przełożonym Kalenia, porucznikiem Matulą, dość antypatycznym i tchórzliwym służbistą z jakąś patologiczną awersją do cywilów.

W trakcie jednej z misji ogniomistrz zostaje schwytany przez oddział podziemia dowodzony przez mjr. Żubryda. Staje się świadkiem zbrodni Żubryda. Sam też cierpi poddany torturom. By ratować własną skórę przystępuje do oddziału udając dezertera. Ale jego sytuacja jest wciąż dramatyczna, ledwie unika wykonania, na rozkaz psychopatycznego dowódcy, wyroku na ziemianinie, którego główną przewiną było to, że nie tolerował majora dając publicznie temu wyraz. Na szczęście dla sierżanta, trafia się okazja do ucieczki i razem z niedoszłą ofiarą wydostają się z opresji. Po drodze jest jeszcze dzielna obrona posterunku MO, pełnego kobiet i dzieci, zaatakowanego przez ścigających ich partyzantów. Ale ostatecznie, Kaleń wraca do macierzystej jednostki.

Następna scena: zima, gdzieś w Bieszczadach, duży oddział LWP w drodze. Nasz bohater wciąż daleko od upragnionego „cywila”. Nagle słychać strzały. Okazuje się, że maruderzy dostali się w zasadzkę UPA. Szybka decyzja i w pościg za Ukraińcami rusza silny pododdział w sile ok. 50 żołnierzy. W tej grupie i Kaleń. Fatalna pogoda (ostra zima) i nieznajomość terenu powoduje, że dość szybko pościg gubi trop. Gorzej, że wojskowi sami z myśliwych stają się zwierzyną. Dostają się w zasadzkę. Ginie większość członków oddziału. Kilku żołnierzy, w tym i nasz bohater, dostaje się do niewoli. Nieliczni, którzy uchodzą z pola bitwy trafiają w pobliże pola minowego. Nie mogąc się cofnąć, pod groźbą banderowskich luf muszą wejść na zaminowany teren. Wszyscy giną. Cała ta dramatyczna scena odbywa się na oczach jeńców. Ale ich los jest jeszcze gorszy – mają wkrótce zginąć okrutną śmiercią. Przez ścięcie głowy toporem. A ich katami mają być najmłodsi członkowie oddziału UPA. To, zdaniem ich dowódcy, sotennego (dowódcy sotni, oddziału w sile kompanii) „Bira” ma być dowód przywiązania do idei niepodległego państwa ukraińskiego. Obłęd, który ma naprawdę miejsce! Zakrwawiony topór przechodzi z rąk do rąk, giną kolejni bezbronni polscy żołnierze. Zaraz kolej na Kalenia. Ale w tej tragicznej chwili, fortuna mu sprzyja, pragnienie życia i może strach przed taką śmiercią dodają mu sił i jakimś cudem udaje mu się wyswobodzić z więzów i uciec. Po wielu godzinach, potwornie przemarznięty, w koszuli ledwie i spodniach, bez butów opada zupełnie z sił. Gdy już jesteśmy przekonani, że nasz bohater musi dokonać żywota, odnajdujemy go w jakieś wiejskiej chacie, gdzie opiekują się nim ukraińskie kobiety. Jest tam też żona dowódcy sotni UPA z kilkumiesięcznym dzieckiem. Kiedy sierżant odzyskuje przytomność to akurat w pobliżu dochodzi do potyczki UPA z LWP. Nagle do domu wchodzi dwóch banderowców z ciężkim karabinem maszynowym. Nasz bohater jest przerażony, dom pełen kobiet i dzieci, a ckm może ściągnąć na nich ostrzał. Po chwili jeden z Ukraińców ginie. Kaleń to wykorzystuje i zabija drugiego. Teraz najważniejsze to dać znać swoim by nie ostrzelali domu. Ogniomistrz próbuje wyjść na zewnątrz, ale zostaje skoszony serią z polskiej pepeszy. Pada martwy u progu domu.

Film spięty jest symboliczną klamrą. Początek to defilada pododdziałów Ludowego Wojska Polskiego. Z jednej strony, zwiastuje ona konieczność zbrojnego zamanifestowania polskości Bieszczad, ale daje równocześnie nadzieję na tak upragniony spokój dla skrwawionej ziemi. Że nie było to płonne oczekiwanie maluje nam scena końcowa filmu, kiedy to polski żołnierz własnym ciałem bohatersko chroni ukraińskie kobiety i dzieci przed śmiercią. Ginie, ale dom wraz ze znajdującymi się w nim kobietami i dziećmi ocalał. Miejsce bitwy cichnie. Defilujący na początku filmu żołnierze, choć okupili to ogromną ofiarą, wykonali swoje zadanie. Urzeczywistnili nasze nadzieje, zapanował spokój…

Film

„Ogniomistrz Kaleń” to obraz niezły warsztatowo. Widz nie ma problemu z odnalezieniem się w akcji filmu. Autorzy korzystają z prostych środków, nie uciekają w niedopowiedzenia, nie stosują fajerwerków odwracających uwagę widza od brutalnej dosłowności. Jednakże oczywistość narracji powoduje, że widzowi nie pozostawia się miejsca na wątpliwości, bo te mają być zastąpione słusznym gniewem. Ale czy spór, tym bardziej rozstrzygany zbrojnie, ma zawsze taki oczywisty wymiar? Czasem tak, ale od artystów oczekujemy raczej głębszej refleksji, bo grozi im dryf w kierunku propagandy właśnie.

Tym niemniej są elementy zasługujące na chwilę uwagi. Film jest dobrze zagrany, wyróżnia się znakomita rola Wiesława Gołasa. Uwagę zwracają też świetne zdjęcia, autorstwa Mieczysława Jahody, jednego z najwybitniejszych operatorów polskich, prekursora nowych technik zdjęciowych. Dzięki Jahodzie czarno-biały, surowy obraz nadaje filmowi niezwykłą plastyczność, stając się moim zdaniem bodaj najważniejszym elementem narracji. Ale mówiąc o zdjęciach w „Ogniomistrzu Kaleniu” nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo ważnym bohaterze filmu, o Bieszczadach. Film ma całą masę fantastycznych zdjęć plenerowych. Oczywiście duża w tym zasługa wspomnianego Mieczysława Jahody, ale wszyscy rozmiłowani w Bieszczadach wiedzą doskonale, że jest to niepowtarzalny zakątek Polski. I obraz małżeństwa Petelskich, w tym zakresie, wart jest odnotowania.

Twórcy

„Ogniomistrz Kaleń” był trzecim pełnometrażowym filmem wyreżyserowanym wspólnie przez małżeństwo Ewy i Czesława Petelskich. Poznali się w łódzkiej Szkole Filmowej, gdzie oboje rozpoczęli studia w 1948 r. Był to pierwszy rocznik studentów przyjętych do szkoły. Nie obfitował w wybitne indywidualności, warto może wspomnieć znakomitych operatorów Jerzego Lipmana i Kutra Webera, ale już rok później w szkole pojawili się: Andrzej Munk, Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern, Kazimierz Kutz, Stanisław Bareja, Jan Łomnicki, Mieczysław Jahoda i Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz (późniejszy świetny muzyk jazzowy i kompozytor). W następnych latach kolejni. W szkole wszyscy się znali, przebywali właściwie ze sobą cały czas, żyli filmem. Atmosfera ta w sposób oczywisty kształtowała późniejszych filmowców i miała wpływ na ich kariery. Ale było coś jeszcze, wtedy (przełom lat 40 i 50) wszyscy albo prawie wszyscy studenci należeli do Związku Młodzieży Polskiej, młodzieżowej przybudówki partii komunistycznej, wzorowanej na sowieckim Komsomole. A Czesław Petelski, który sam o sobie opowiadał, że w czasie wojny walczył w AK na Kielecczyźnie pod komendą Antoniego Hedy sławnego „Szarego”, nie dość, że wstąpił do ZMP, to został szefem rady uczelnianej. Takie rzeczy nie działy się przypadkowo, więc można przyjąć, że już wtedy Petelski cieszył się pełnym poparciem i zaufaniem komunistycznych władz. Sam też wierny do końca PZPR, odnalazł się również w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, gdzie został nawet członkiem Prezydium. Ale uczciwie, wypada też przypomnieć historię z 1950 r., kiedy to do Czesława Petelskiego, jako szefa uczelnianego ZMP przybiegł Wadim Berestowski z donosem na Zofię Dwornik, koleżankę ze studiów. Zbrodnią studentki było upieranie się przy „kłamstwach” o Katyniu. Uprzejmy donosiciel oczekiwał od funkcyjnego kolegi, jakieś reakcji by zaradzić „zagrożeniu”, ale ten postanowił sprawę wyciszyć. Niestety, w szkole byli inni, którzy zachowywali rewolucyjną czynność i tego czego nie uczynił szef ZMP zrobił inny student, Zbigniew Hartwig, najprawdopodobniej konfident UB. Sama Zofia Dwornik przypłaciła to rocznym więzieniem.

W „dorosłym” życiu małżeństwo Petelskich konsekwentnie podążało za wyborem politycznym dokonanym jeszcze w szkle filmowej. To determinowało odpowiedni dobór tematów, które podejmowali, jako filmowcy. Ich obrazy musiały być zawsze zgodne z linią polityczną władzy, stając się niekiedy orężem w rękach komunistycznych decydentów. Ale trzeba też przyznać, że nie każdy film był propagandową agitką. Zastanawiając się nad wartością artystyczną filmów autorstwa małżeńskiej pary, można chyba pokusić się o generalną opinię, że ich obrazy były z reguły warsztatowo dobrze zrobione, z przyzwoicie prowadzoną narracją, a nad zdjęciami przeważnie czuwali znakomici operatorzy. Petelski, jako wieloletni szef Studia „Iluzjon” miał też możliwość angażowania do swoich filmów najlepszych aktorów. Stąd filmy, jakie wychodziły spod ich ręki były niezłe, choć raczej nie arcydzieła. Do dziś trwa spór, czy dziełem wybitnym nie jest „Baza ludzi umarłych” według prozy Marka Hłaski. Projekt pierwotnie przyznany Wajdzie, został kaprysem Aleksandra Forda, wtedy półboga w PRL-owskiej kinematografii, przekazany właśnie małżeństwu Petelskich. A ci, choć zrobili film dobry, to nie omieszkali poprawić oryginalnego pomysłu Hłaski (wiadomo, w końcu co tam taki autor wie) zmieniając zakończenie, na takie bardziej w duchu socjalistycznej wiary w nadciągające lepsze czasy. Hłasko, jak to zobaczył zażądał wycofania jego nazwiska z filmu.

Geneza kłamstwa

Właściwie najlepiej intencje twórców i dbałość o prawdę historyczną oddają słowa skierowane przez jednego z oficerów do głównego bohatera:

„Zastanówcie się chwilę Kaleń (…) banderowcy, WiN-owcy, NSZ-owcy i kto wie jeszcze jaka swołocz, wszystko przyczaiło się w tym rejonie”.

Przy takim ułożeniu narracji, nie może dziwić fakt, że ilość kłamstw i manipulacji jest w tym filmie ogromna. Z propagandą jest już tak, że często czerpie z prawdziwych wydarzeń, pokazuje prawdziwe osoby, ale umieszcza je później w zupełnie fałszywym kontekście czy nadając kłamliwe znaczenie. Więc i w tym obrazie mamy ukazane autentyczne postaci i wydarzenia, ale sposób ich pokazania jest całkowicie służebny wobec oczekiwań komunistycznych władz.

Tu oczywiście twórcy mieli ułatwione zadanie, bo opierali się na powieści „Łuny w Bieszczadach” wydanej w 1959 r. Autor, Jan Gerhard (Wiktor Lew Bardach) oficer 8 DP, od maja 1946 r. dowódca 34 pp służył właśnie na terenach dzisiejszego Województwa Podkarpackiego. Uczestniczył w walkach z żołnierzami podziemia niepodległościowego (oddział NSZ mjr. Antoniego Żubryda ps. „Zuch”) i formacjami zbrojnymi wchodzącymi w skład UPA. Towarzyszył gen. Karolowi Świerczewskiemu „Walterowi”, ówczesnemu wiceszefowi Ministerstwa Obrony Narodowej (komunistycznemu zbrodniarzowi, na cześć którego Wanda Jakubowska nakręciła inne propagandowe „dzieło”, „Żołnierz zwycięstwa”, które mam nadzieję opisać w niniejszej serii) w dniu 28 marca 1947 r. w pamiętnej inspekcji placówek LWP i WOP, która zakończyła się śmiercią Świerczewskiego w zasadzce UPA w Jabłonkach.

Gerhard służył władzy najlepiej jak potrafił w każdej z powierzonych mu ról: jako żołnierz, jako dziennikarz, jako poseł na Sejm, wreszcie jako pisarz. Jego oddaniu władzy nie potrafiła nawet zmącić dwuletnia odsiadka, będąca efektem walk frakcyjnych w PZPR w latach 50-tych. Stał się dopiero nieco bardziej krytyczny po kampanii antysemickiej, jaką komuniści rozpętali pod koniec lat 60-tych.

Jako pisarz odniósł były oficer LWP niezaprzeczalny sukces. Obdarzony pisarską intuicją, miał zadatki na autora większego formatu. Ale i w tej roli nie był w stanie być kimś więcej niż tylko propagandzistą. „Łuny w Bieszczadach”, najbardziej znana jego książka jest wymownym tego przykładem.

Los dopisał Gerhardowi tragiczny koniec, zamordowany w nie do końca jasnych okolicznościach w sierpniu 1971 r. Co ciekawe, pracował wtedy w komisji badającej okoliczności śmierci Świerczewskiego. Wielu d dziś twierdzi, że w tym fakcie należy upatrywać przyczyn śmierci pisarza.

Major Antoni Żubryd

Najwięcej i najbardziej ordynarnych kłamstw w filmie dotyczy mjr. Antoniego Żubryda ps. „Zuch”, dowódcy Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Narodowych Sił Zbrojnych (nazywanego przez Gerharda w książce Batalionem Serca Gorejącego?!). Tu od razu konieczna jest jedna istotna uwaga: oddział jest w filmie błędnie określany, jako jednostka WiN („Wolność i Niezawisłość”). Antoni Żubryd był postacią niezwykłą, co doskonale uwidoczniło się w historii jego zmagań z komuną w latach 1945-46. Zalazł władzy komunistycznej ogromnie za skórę, likwidując m.in. wielu funkcjonariuszy bezpieki. Jednocześnie skutecznie zastępował nieudolne władze w zakresie ochrony ludności cywilnej przed oddziałami UPA, dość krwawo poczynającymi sobie na tamtym terenie. To wszystko zapewniło mu ogromną popularność i szacunek wśród ludności cywilnej i szczerą nienawiść komunistów. To także zachęciło wiele mniejszych oddziałów i grup zbrojnych do podporządkowania się komendzie „Zucha”, a w jego oddziałach stanowiło o dyscyplinie. Te względy były możliwe dzięki cechom osobistym majora, w tym niekwestionowanej charyzmie, odwadze i zdolnościom dowódczym.

Dlatego taki dysonans – delikatnie mówiąc – wprowadza już samo obsadzenie roli Żubryda. A mianowicie, do tej roli wybrano Janusza Kłosińskiego, dla tych co nie rozpoznają nazwiska to sierżant Czernousow z „Czterech pancernych i psa”. Aktor obdarzony dość charakterystyczną prezencją i jeszcze bardziej rozpoznawalnym głosem do roli czerwonoarmisty nadawał się znakomicie, ale major NSZ? Kompletnie niepodobny do granej przez siebie postaci, ponadto w czasie produkcji miał już ponad 40 lat, wyglądał na 50, a miał grać 28-letniego mężczyznę.

No, ale powiedzmy nieścisłości dotyczące wyglądu, wieku, można jakoś przełknąć. Kłamstw na temat podejmowanych przez niego decyzji i postawy w gorących miesiącach roku 1946, nie sposób zaakceptować. Żubryd według Petelskich to prymityw i tępak. Człowiek bez autorytetu, bez zdolności dowódczych, za to skory do zbrodni i, rzecz jasna, antysemita. Terroryzuje miejscową ludność, która odpłaca mu szczerą nienawiścią. O groteskę ociera się scena, kiedy to oddział przybywa do majątku ziemianina Dwernickiego. Major sadysta każe brutalnie zamordować starego szlachcica, którego przodkowie przecież „na tej ziemi jeszcze za króla Kazimierza te lasy karczować kazali, setki lat bronili tej ziemi przed najeźdźcami i nigdy strachu nie znali”. To iście dialektyczna scena: dumny ziemianin, człowiek starej daty, który popiera władzę ludową kontra prymitywny dowódca reprezentujący stary skompromitowany porządek. Kompletne pomieszanie pojęć, bo wyobraźmy sobie: rok 46, dwa lata brutalnie wprowadzanej reformy rolnej, której głównymi ofiarami byli właśnie ziemianie, masowe aresztowania, wywózki, NKWD, UB i jeszcze szalejący w okolicy banderowcy, z którymi wojsko nijak nie może sobie poradzić, a twórcy serwują nam scenkę, w której to ziemianin spotwarza dowódcę jedynego oddziału, który mógł ówcześnie dać ochronę przed UPA. Dumny szlachcic, który upokarza przed podwładnymi komendanta oddziału reprezentującego majestat II Rzeczypospolitej, nazywając go bandytą i zwracając się w charakterystycznych słowach:

„wojna się już skończyła, a ty łazisz i łazisz z tą twoją hałastrą”.

Kuriozalność i fałsz tej sceny są tak dojmujące, że trudno tu silić się na jakieś głębszy komentarz. Ale to co warto zauważyć, film podjął próbę przedstawienia Żubryda, jako człowieka oderwanego od miejscowej ludności, ba, znienawidzonego przez tamtejszą społeczność. Jak wielkie to kłamstwo wskazują choćby ówczesne raporty LWP i UB, gdzie wskazywano, jak dużym poparciem cieszyli się partyzanci. I to właśnie dlatego komuniści, chcąc zastraszyć ludność cywilną i odciąć partyzantów od bazy społecznej, zdecydowali się na rzecz bez precedensu – na stadionie w Sanoku dokonano w maju i czerwcu 1946 r. publicznych egzekucji schwytanych „żubrydowców”. Na to barbarzyńskie widowisko ściągnięto m.in. młodzież licealną! Ponadto, planowano wysiedlenie i spalenie niektórych wsi podejrzewanych o sprzyjanie partyzantom! Co ciekawe, podobne pomysły mieli dowódcy UPA. Tu może warto jeszcze zwrócić uwagę, że wpływy majora „Zucha” sięgały nie tylko ludności cywilnej, ale też 34 pp. LWP, tego samego, gdzie służył Gerhard (i nasz główny bohater). Dochodziło nawet do współpracy przeciw oddziałom UPA. Zresztą to „rozprężenie” w 34 pp. było jednym z powodów, dla których Gerhard został w maju 1946 r. dowódcą pułku.

Bardzo ważnym elementem całego procesu zohydzania Antoniego Żubryda była scena paktów NSZ z UPA. Wprawdzie na filmie major jest sceptyczny wobec banderowców, to jednak od stołu nie odchodzi i podejmuje rozmowy. Osobną zupełnie kwestią jest temat negocjacji, obie strony rozmawiają o wspólnej walce z wojskiem, ale przede wszystkim o podziale „rejonów pod względem świadczeń miejscowej ludności”. Czyli nie dość, że jedni i drudzy to bandyci, to jeszcze grabieżcy i tak wszak biednej ludności.

Należy podkreślić, iż w rzeczywistości mjr Żubryd był niechętnie, delikatnie mówiąc, nastawiony wobec UPA. Wiedząc o licznych przypadkach zbrodni ukraińskich nacjonalistów organizował formy zbrojnej samoobrony. Tym niemniej musimy mieć świadomość, iż w warunkach wojennych, a szczególnie w sytuacji działań o charakterze partyzanckim, gdzie na jednym terenie przebywają oddziały spod różnych znaków, zdarza się, że strony, nawet sobie wrogie, prowadzą pertraktacje w różnych sprawach. To nie jest równoznaczne z zawieraniem sojuszy. Przykładów, zresztą nie tylko z Polski jest ogromnie dużo. Tak i SBO NSZ nawiązał jesienią 1945 r. kontakt z UPA. Tylko, że przedmiotem pertraktacji nie był podział stref łupienia ludności, a próba jednoznacznego odepchnięcia UPA od pacyfikacji polskich wsi i kontrybucji nakładanych na polską ludność, a także zwolnienie przetrzymywanych przez Ukraińców członków polskiej konspiracji. Inną oczywiście sprawą, jak te rozmowy przekładały się na późniejszą rzeczywistość. Ale należy wyraźnie stwierdzić, w tych rozmowach nie uczestniczył mjr „Zuch”.

Tu warto zauważyć, iż jeszcze w 1945 r. dowódca jednego z oddziałów działających na Podkarpaciu, luźno powiązanego z SBO NSZ, ppor. Stanisław Kossakowski ps. „Ułan” rzeczywiście próbował nawiązać operacyjną współpracę z formacjami ukraińskich nacjonalistów. W proteście, cały oddział wymówił mu posłuszeństwo i kierowany przez Kazimierza Kocyłowskiego ps. „Wichura” przeszedł pod komendę Żubryda. W innych rejonach kraju np. na Lubelszczyźnie kontakty między AK lub WiN i UPA zdarzały się częściej.

Na tle powyższych informacji fakt, że wspomniane kontakty przedstawicieli batalionu Żubryda z jednostkami UPA miały miejsce jesienią 45 roku, a nie wiosną 1946, jak chcieli Petelscy jest już tylko „drobnym” uchybieniem, choć pokazującym nam specyficzny warsztat historyczny twórców filmu.

Śmierć Żubryda

Osobną, i nie waham się powiedzieć, haniebną sprawą jest pokazanie w filmie śmierci Antoniego Żubryda. Widzimy zdziesiątkowany oddział, w którym dochodzi między dowódcami do kłótni niczym, między hersztami bandy opryszków. Powodem scysji były różnice zdań w sprawie ewentualnego wsparcia dla banderowskiej sotni w walce z oddziałami LWP. Scena kłótni kończy się zamordowaniem majora przez jego zastępcę, który kończy spór strzałem w plecy dowódcy (jak wiadomo, NSZ-owcy potrafili tylko tak).

Pierwsze kłamstwo, to sam powod rzekomej kłótni dowódców. Prawda jest taka, że w oddziale „Zucha” nikt na poważnie nie rozważał wsparcie dla UPA w walce z jednostkami LWP. Po drugie, kłamstwem było pokazanie relacji w oddziale, jak w jakimś gangu kryminalistów i, tym samym, próba wmówienia widzom, że tak jednoznaczne sprzeciwianie się Żubrydowi, nawet przez jego zastępcę, było jakąś normą (a na filmie to nie była pierwsza taka sytuacja). Jak już wspomniałem mjr był człowiekiem cieszącym się szacunkiem podwładnych i nawet na moment jego przywództwo nie było zagrożone.

Kolejna sprawa, to samo zabójstwo komendanta, bo faktycznie został zamordowany i rzeczywiście strzałem w plecy, a właściwie w tył głowy. Tyle tylko, że nie wiosną 1946 r. i nie przez swojego zastępcę tj. por. Mieczysława Kocyłowskiego ps. „Czarny”, który wtedy był już w szponach UB. Zabójstwa dokonał 24 października 1946 r. inny członek oddziału Jerzy Vaulian ps. „Bronek”, wtedy już agent Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (tw. „Mewa”) umieszczony specjalnie w tym w celu w zgrupowaniu. Morderstwo to miało miejsce w momencie, gdy Antoni Żubryd wraz z żoną Janiną postanowił przedostać się na Zachód. Towarzyszył im właśnie Vaulian. Wiadomo, że morderca wyczekał momentu, gdy obaj oddalili się od małżonki komendanta i, korzystając z okazji, strzelił w tył głowy. Chwilę potem zwabił w to samo miejsce żonę partyzanta i ją też zamordował. Janina Żubryd była wtedy w ósmym miesiącu ciąży! Vaulian nie mógł o tym nie wiedzieć. UB-owcy, jak to mieli w zwyczaju, sfotografowali ofiary zbrodni, a potem pochowali ciała, do dziś nie wiadomo, w którym miejscu. Wkrótce aresztowano teściową majora i pięcioletniego syna. Jako syn „bandyty” miał bardzo ciężki los m.in. został zmuszony do zmiany nazwiska.

Zbrodniarz otrzymał sowitą nagrodę od komunistycznych władz. Pozwolono mu rozwijać jego pasje artystyczne, z czasem został scenarzystą i reżyserem filmów dokumentalnych i fabularnych, znanym pod nazwiskiem Jerzy Wolen. Nigdy nie doczekał się sprawiedliwej kary za swoją zbrodnię. Teraz w spokoju dożywa gdzieś swoich dni. Wprawdzie odrodzona Polska postawiła Vauliana vel Wolena przed sądem, ale ten sprawę umorzył z powodu rzekomego przedawnienia. Kilkanaście lat temu Vaulian postanowił napisać list do syna swoich ofiar, lecz nie okazał przy tym jakieś skruchy. Motyw ten został wykorzystany przez Iwonę Bartólewską w filmie dokumentalnym z 1999 r. pt. „List do syna”. Niestety zabójcy udało się sądownie zablokować dystrybucję filmu (przyznam, że nie wiem na jakim etapie jest teraz sprawa rozpowszechniania filmu). Ot, taka sprawiedliwość w III RP.

Tu wypada wspomnieć jeszcze o samym Mieczysławie Kocyłowskim, ps. „Czarny”. W wieku niespełna 19 lat został porucznikiem i otrzymał awans na zastępcę mjr. Żubryda. Był lojalny w stosunku do swojego dowódcy, dlatego taką podłością było wskazanie jego właśnie, jako zabójcy majora. Nie ma takiej możliwości, by Gerhard pisząc swoją książkę i Petelscy przygotowując dokumentację do filmu nie znali prawdy, a przynajmniej nie wiedzieli, że to nie Kocyłowski był zabójcą Żubryda. To kolejny dowód, który jak najgorzej świadczy o intencjach twórców filmu. Sam Mieczysław Kocyłowski po brutalnym śledztwie trafił na kilka lat do ciężkiego więzienia we Wronkach. Potem przez cały czas komuny szykanowany, doczekał roku 89. Zdążył jeszcze wydać wspomnienia „Byłem zastępcą Żubryda”, zmarł w 1997 r. I podobnie, jak w przypadku obsadzenia roli Żubryda, oryginalnie dobrano aktora do roli zastępcy dowódcy oddziału. Rolę tę powierzono Tadeuszowi Teodorczykowi, który nie dość, że w momencie produkcji filmu był blisko dwa razy starszy niż faktyczny zastępca majora (37-letni Teodorczyk wcielił się w rolę niespełna 19-latka), to jeszcze podobieństwo aktora do granej postaci było znikome.

Na zakończenie rozważań o mjr. Antonim Zubrydzie i jego oddziale warto zwrócić uwagę na to, jak na filmie prezentują się żołnierze NSZ. Tworzą, jakąś nieumundurowaną zgraję pasującą raczej do portowych rynsztoków, a nie do bojowej jednostki Narodowych Sił Zbrojnych: tępe twarze, bez zębów, wiecznie nieogoleni, nieumyci, ubrani w byle co, w tym jeden cały czas paradujący w tyrolskim kapeluszu (chyba tylko po to, by widz mógł kojarzyć NSZ z Gestapo, którego cywilni funkcjonariusze na polskich filmach zawsze mieli tyrolskie kapelusze). A właśnie jednostki NSZ charakteryzowały się bardzo wysokim morale, a dowódcy zawsze szczególny nacisk kładki na prezencję oddziałów, w tym na umundurowanie. Nie inaczej było w Samodzielnym Batalionie Operacyjnym NSZ. Oczywiście nie zawsze można było zagwarantować wszystkim żołnierzom mundury, ale tyrolskie kapelusze to, jak ułani tłukący niemieckie czołgi szablami w filmie „Lotna”. Kompletny fałsz, by nie powiedzieć, farsa.

UPA morduje polskich żołnierzy

Pokazana na filmie potyczka między sotnią „Bira” a pododdziałem 34 pp. w rzeczywistości nie miała miejsca. Nie oznacza to jednak, że oddziały UPA w Bieszczadach nie zanotowały spektakularnych sukcesów w walce z wojskiem. Tu szczególnie zwracają uwagę dwie potyczki z jednostkami LWP i WOP (Wojska Ochrony Pogranicza), jakie miały miejsce w marcu 1946 r: w Jasielu (19 III) i w Kożusznem (26 III). Przychylam się do opinii większości komentatorów, że motywy tych właśnie starć – szczególnie bitwy w Jasielu – zostały wykorzystane przez Gerharda w „Łunach…” i w filmie Petelskich. Mogą wskazywać na to okoliczności i termin bitew. Jeżeli tak było istotnie, to od razu należy wnieść jedną korektę, w obu wymienionych starciach ze strony UPA brały udział połączone sotnie „Chrina” (Stepana Stebelskiego) i „Myrona” (Wołodymyra Hoszki), a nie sotnia „Bira” (Wasyla Szyszkanynecia), jak przedstawia to film. To pozornie drobny, ale dla opisu działalności UPA w tym terenie, istotny szczegół; co ciekawe w książce jest prawidłowo wskazana sotnia „Chrina”. Obie wspomniane bitwy zakończyły się, tak jak na filmie, właściwie pełną likwidacją oddziałów polskich. I w obu miejscach UPA dopuściła się mordu na jeńcach. W Jasielu obok żołnierzy, którzy zginęli jeszcze w czasie walki do niewoli dostało się, według różnych źródeł, między 79 a 94 żołnierzy. Z tej grupy zamordowano ok. 60-70 Polaków. Tam też miało miejsce zdarzenie, pokazane później w filmie, a mianowicie jednemu z żołnierzy prowadzonych na egzekucję udało się uciec (z osób przeznaczonych do zamordowania uratował się jeszcze jeden z oficerów). Co bardzo istotne ok. 20 żołnierzy zwolniono, choć do dziś trudno jednoznacznie przesądzić, co spowodowało taką decyzję banderowców. Natomiast pod Kożusznem zamordowano wszystkich dziewięciu jeńców, w tym prawdopodobnie jednego dobito toporem. Wcześniej w walce zginęło ok. 30 żołnierzy. Liczebność oddziału LWP, ilość poległych żołnierzy, a także zamordowanych jeńców zbliżają sceny z filmu do potyczki pod Kożusznem, natomiast filmowa ucieczka Kalenia z miejsca egzekucji jeńców była ewidentnie inspirowana zdarzeniami z Jasiela.

Nie mam zamiaru podważać pomysłu Gerharda i Petelskich, na przedstawienie sceny bitwy. Gotowy jestem przyjąć, że to wpisuje się w licentia poetica twórców i dla większej atrakcyjności opisu walki LWP i UPA czerpano z różnych autentycznych wydarzeń. To nie zamazywało ogólnej prawdy historycznej na temat walk w Bieszczadach. Ale przyznam, że ogromny dyskomfort wywołuje u mnie scena mordu na polskich jeńcach. I rzecz jasna, nie kwestionuję samego faktu, iż do takich mordów dochodziło, bo działo się tak nie tylko po wymienionych bitwach, ale mój sprzeciw wywołuje to, jak pokazano samą egzekucję, czy raczej metodę zabijania jeńców. Okrutny dowódca oddziału UPA nakazał ściąć Polaków toporem. I by mord ten wywarł silniejsze wrażenie na samych banderowcach, to sotenny rozkazał, by katami byli najmłodsi członkowie oddziału, niektórzy wyglądający, jak przerośnięte dzieci. Film w tym zakresie jest, mówiąc wprost, nieprawdziwy. I nie chcę być źle zrozumiany, absolutnie nie mam zamiaru stawać się obrońcą UPA – ta zbrodnicza organizacja odpowiada za okrutną śmierć setek tysięcy Polaków na Wołyniu czy Podolu w latach 1942-44. Niewyobrażalne bestialstwo towarzyszące tym zbrodniom przywoływało najstraszliwsze sceny, jakie miały miejsce przy podbojach dokonywanych przez plemiona azjatyckie, czy to co się działo przy tłumieniu przez oddziały rewolucyjnej Francji powstania w Wandei. UPA mordowała też polską ludność w samych Bieszczadach w latach 1945-46, choć już na dużo mniejszą skalę, niż na Wołyniu. Tym niemniej żołnierze, którzy dostawali się do niewoli byli z reguły rozstrzeliwani; tak było z jeńcami zamordowanymi w Jasielu i Kożusznem. Żadnych toporów w rękach ukraińskich dzieciuchów, nic z pokazanej w filmie quazi rytualnej orgii zbrodni, która miała być, jakimś aktem założycielskim Wielkiej Ukrainy „od Dunajca po Morze Kaspijskie, od Morza Czarnego po Prypeć”.

Oczywiście, warto zastanowić się dlaczego Gerhard i Petelscy zdecydowali się na przełomie lat 50-tych i 60-tych na takie przedstawienie UPA. Wtedy już ani nacjonalizm ukraiński, a tym bardziej jakiś separatyzm w stosunku do części wschodnich terenów ówczesnej Polski nam nie zagrażał. Wydaje się, że podgrzewanie nastrojów antyukraińskich też nie leżało w interesie partii komunistycznej. Najciekawszą bodaj hipotezę przedstawia Grzegorz Motyka, historyk i chyba największy autorytet w sprawach powojennej sytuacji na terenach południowo-wschodniej Polski. Twierdzi on, iż wyolbrzymianie win UPA w Bieszczadach i podgrzewanie tym samym nastrojów antybanderowskich u Polaków miało być pewną formą emocjonalnego zadośćuczynienia za milczenie władz w sprawie ludobójstwa na Wołyniu. Jak wiadomo Kresy po wojnie znalazły się w granicach ZSRR i żadna dyskusja na temat obecności Polski czy Polaków na tamtych terenach nie była dopuszczana do oficjalnego obiegu. Także próba jakiegokolwiek upamiętnienia, czy tym bardziej dokumentowania zbrodni UPA. A ponieważ temat był wciąż żywy dla wielu Polaków to władze postanowiły przekierować społeczne emocje w kierunku działalności UPA na „piastowskich” czy „rdzennie polskich” terenach, które po wojnie ostały się w granicach państwa. Dlatego zbrodnie UPA w Bieszczadach – powtórzę, faktyczne – były wyolbrzymiane, czy wzmacniane przez takie właśnie sceny, jak z książki Gerharda czy filmu Petelskich. Zbrodnicza orgia śmierci z udziałem toporów w rękach ukraińskich nastolatków nadawała się tu znakomicie. Pamiętając o ogromnych nakładach i realnej popularności „Łun w Bieszczadach” i „Ogniomistrza Kalenia” można przypuszczać, że ten zabieg propagandowy częściowo przynajmniej się udał. Aż do upadku komuny wielu Polaków identyfikowało UPA właśnie przez pryzmat zbrodni w Bieszczadach nic nie wiedząc o Wołyniu. To dodatkowo, zauważa Motyka, miało jeszcze taki skutek, że sami Ukraińcy widząc, jak propaganda komunistyczna „podkręca” temat zbrodni UPA na terenach Polski powojennej, generalnie bardzo nieufnie podchodzili do tematu zbrodni ukraińskich nacjonalistów. Bo skoro najpopularniejsza powojenna książka traktująca o trudnych relacjach Polaków i Ukraińców roiła się od kłamstw i manipulacji, to cała dyskusja o zbrodniach UPA w wykonaniu Polaków musi być skażona nieuczciwością. Jeżeli, jak twierdzą, Polacy kłamią o Bieszczadach to i mogą kłamać o Wołyniu. Jak wiadomo z problemem tym borykamy się do dziś. I to niestety kolejny dowód sukcesu, już zza grobu, komunistycznej propagandy.

Paweł Przychodzeń

Dziękuję Grzegorzowi Wąsowskiemu z Fundacji „Pamiętamy” za dawniejszą inspirację i pomoc przy napisaniu tekstu (fundacja „Pamiętamy” zajmuje się przywracaniem pamięci o żołnierzach podziemia niepodległościowego. Jej staraniem m.in. powstało już 20 pomników poświęconych „Wyklętym”; adres: http://www.fundacjapamietamy.pl).

Ponadto przygotowując niniejszy tekst korzystałem z prac Grzegorza Motyki: książka „W kręgu >>Łun w Bieszczadach<<” (Oficyna Wydawnicza „Rytm” 2009 r.) i teksty „Antoni Żubryd – bieszczadzki Ogień” (Rzeczpospolita 18 sierpnia 2007 r., dod. „Plus Minus”), „Kryptonim Bieszczady” (Polityka 4 listopada 2009 r.). Korzystałem także z pracy zbiorowej pt. „Filmówka. Powieść o Łódzkiej Szkole Filmowej” („Prószyński i S-ka, 1998 r.) i innych.